Recenzja: Cosmic Putrefaction – Emerald Fires Atop The Farewell Mountains
COSMIC PUTREFACTION
Emerald Fires Atop The Farewell Mountains (2024)Włochy, Profound Lore Records
Death Metal
Cosmic Putrefaction odkryłem przypadkiem i myślę, że „Emerald Fires…” z powodzeniem mógłby trafić do mojego zestawienia top 2025, którego nigdy nie zrobiłem. Ten włoski zespół to tak naprawdę jednoosobowy projekt z gościnnym udziałem paru osób. Główny współudział dotyczy partii perkusji nagranej przez Giulio Galati (Nero Di Marte) a także partii wiolonczeli (Giulio Cazzani) i dodatkowych wokali (Giorgio Trombino).
„Emerald Fires…” od samego początku atakuje potężnym klimatem. Jest to skomasowany death metal o bardzo progresywnym podłożu. Progresywnie ekstremalnym i maksymalnie upakowanym. Klimat za to oscyluje od black metalowych symfonii przez post-apokalipsę aż do… jazzu. Słuchając tego krążka, czuję że to materiał pełnowartościowy. Kompletna podróż przez niezbadane krainy. Od wyjścia za próg aż do samego celu podróży. Ta podróż zaczyna się może trochę surowo… buty jeszcze nie rozchodzone, ciężar w plecaku źle rozłożony. Początek tego krążka też jest bardziej furiastyczny. Dzika gonitwa na przełaj przez pole kukurydzy kiedy liście chłoszczą twarz podczas euforycznego biegu na oślep. Im dalej w dzicz tym więcej zwolnień i rozwinięć ale z zachowaniem ekstremalnego sznytu. W sumie ten materiał na żadnym etapie nie bierze jeńców. Asymetryczne gitary budują piramidowe konstrukcje. Cisną do góry, prezentując nieustanne łamańce. Techniki jest tu należyte zgęstnienie. Nie męczy i nie przytłacza. Jest obecna i nie powoduje odruchów wymiotnych.
Cosmic Putrefaction to rasowy gruzołamacz a nie jakiś techniczny wyziew. Może nie jest to krążek nadto oryginalny ale lubię do niego wracać. Wszystko mi się tu zgadza i mimo swej aury – jest bardzo przyjemny w odbiorze. Wchodzi pod skórę niczym zadra i kiedy po raz kolejny przypomni o swoim istnieniu, skupiamy na niej swą uwagę. Ostatnie 2.5 utworu to już powolne docieranie do miejsca przeznaczenia. Tutaj już ma miejsce swoista reasumpcja dotychczasowych zdarzeń. Pora na pewne podsumowania, zrewidowanie doznań. „Emerald Fires…” wraz z tytułowym utworem przechodzi w niemalże epicki gruzmetal i wjeżdża death metalowy Opeth vibe. Jakże czasy się zmieniają… Klamra się spina ale czy określił bym tą podróż, mianem „kosmicznej” jak sugeruje okładka? Niekoniecznie. Nie przypisałbym tu pierwiastka futurystycznego. Może nawet posunąłbym się do stwierdzenia, że to taki ekstremalny Summoning na sterydach. Takie odczucie pojawiało się regularnie więc proszę nie strzelać do posłańca. Bardzo gęsty, przyjemny matex. Niczym gazpacho, gładzi kubki smakowe i wypełnia krtań, gęstą zawiesiną. Polecam ten jakościowy materiał.
4+/6
(Entering the Vortex Temporum): Pre-Mortem Phosphenes
I Should Greet the Inexorable Darkness
Eudaemonist Withdrawal
Hallways Engraved in Aether
Swirling Madness, Supernal Ordeal
(Exiting the Vortex Temporum): The Clearing Path
Emerald Fires Atop the Farewell Mountains

